Na każdym spacerze wykorzystuję okazję, żeby przywołać psa do siebie. Puszczam go, żeby pobiegał i za chwilę wołam. Przybiega- nagradzam smaczkiem. Zwalniam go, kiedy niucha w najlepsze, wołam ponownie i wyciągam szarpak. Każę mu zostać w miejscu, oddalam się i wołam do siebie. Pochwała. Ponieważ przywołania ćwiczymy od początku, już nie nagradzam każdego przyjścia smakiem. Nagradzam wybiórczo i innymi rzeczami. To czyni mnie atrakcyjniejszą a Hades nie wie, co tym razem przyjemnego go spotka. Dobre przywołanie, to komenda ratująca życie.

Dzisiaj na porannym spacerze, kiedy odwróciłam się, żeby posprzątać, Hades szarpnął za smycz i wyrwał do psa, którego zauważył po drugiej stronie ulicy. Nim podbiegł do krawężnika zawołałam go, wyższym niż zazwyczaj tonem. Zawrócił natychmiast i przybiegł do mnie. Miałam szczęście. Chcę wierzyć, że to wynik ćwiczonej komendy. W każdym razie, sytuacja tym bardziej pokazała, że codziennie trzeba ćwiczyć i utrwalać, do znudzenia.